Lawendow Wzgórze - wynajem sali bankietowej i oraganizacja imprez

Lawendowe Wzgórze - wynajem sali bankietowej i organizacja imprez

blog

Wtorek, 18.11.2014

Lubię pisać i nic na to nie poradzę

Stąd ten blog. Na szczęście dla tych, co nie lubią czytać to tylko link, który można sobie odpuścić. Mam nadzieję, jednak, że Ci, którzy lubią czytać będą mnie tu od czasu do czasu odwiedzać. Zadebiutuję historią osobistą, trochę prawdziwą, trochę zmyśloną, którą napisałam na konkurs do jakiegoś czasopisma. To był wtedy taki mój manifest programowy, jak się okazało, z niewielkimi poprawkami aktualny do dziś. 

 

wiciokrzew, co pięknie pachnie
wiciokrzew, co pięknie pachnie

- Konkurs na reportaż… - rozmyślałam, wycierając z wdzięcznością kuchennego robota. A tak, z wdzięcznością! Było nie było, w zasadzie bez mojej pomocy przygotował pyszne nadzienie do kurczaka po staropolsku na dzisiejszy obiad.

– …„Jej portret 2007”… Mój portret 2007… Dlaczego nie? Jestem Polką? Jestem. W dodatku, choć to już całkiem passe, i duszą i ciałem. A poza tym matką trójki dzieci, dwukrotną żoną. Gospodynią domową pragnącą kariery i niezależności. A może na odwrót? Kobietą oddaną całkowicie pracy zawodowej, w skrytości ducha marzącą o robieniu zapraw na zimę, odrabianiu lekcji z dziećmi i ręcznym dzierganiu dla nich ślicznych sweterków. Podobnych do tych, jakie kiedyś dla mnie wyczarowywała moja ukochana babcia…

Niespodziewany powrót do przeszłości. Dobrej, cichej, bezpiecznej. Topi kryształek lodu, których tak wiele, zbyt wiele w moim dojrzałym kobiecym sercu.

Pewnie jakieś całkowicie obce mi prawo fizyki chce, by ciekła postać tego kryształka pojawiła się w kąciku mojego oka. Czuję jak nabrzmiewa, robi się coraz cięższa i za sprawą innego fizycznego prawa, tym razem dobrze mi znanego spada na klawiaturę komputera. Udaję, że tego nie widzę. Nie wycieram. Za chwilę moje palce rozmażą tę maleńką, kruchą, jak samo wspomnienie kroplę po wszystkich klawiszach: zet – a – de – wu – i - e… Za dwie chwile zapomnę i o niej i o tym skąd się tu wzięła. Przecież ta okamgnienie trwająca wycieczka w krainę dziecięcych lat to tylko taka maleńka dygresja. Całkiem przypadkowa, na pewno nie zamierzona. Nie stanowi nawet najdrobniejszego elementu składowego mojego portretu. Na pewno nie? A może jednak? Czy to nie z tych robionych na drutach sweterków, wspólnie z babcią lepionych pierogów z jagodami, pomidorów pieczołowicie hodowanych w przydomowym ogródku, ulubionych landrynek niezmiennie po brzegi wypełniających złotą puszkę ukrytą w przepastnym kredensie zrodziło się we mnie to wyjątkowe przywiązanie do rodzinnego ogniska? Babcia miała tylko jedną wnuczkę. Komu więc jeśli nie mnie mogła przekazać te wszystkie kobiece umiejętności, które, nie wątpiła w to ani przez chwilę, miały stanowić najcenniejszy mój posag? Z kolei moje ambicje, realizowanie się w pracy, poczucie obowiązku, umiłowanie niezależności, które równie silnie we mnie tkwią, skąd się wzięły? Czy to nie mój ojciec, mój przyjaciel, mój wielki autorytet, wpajał mi je przy każdej nadarzającej się okazji? On, z kolei miał tylko jedną córkę. Komu więc, jeśli nie mnie miał je wpajać? Tak, to z tamtych czasów, z tamtego morza miłości, w którym za sprawą moich najbliższych po czubek głowy zanurzona byłam w dzieciństwie, wyłoniłam się w mojej dorosłej postaci. Polska Wenus przełomu XX i XXI wieku, z krótko przyciętymi włosami, których naturalny kolor udoskonalony został blondem Garnier. Polska Wenus odziana w dżinsy i w sweterek o stonowanym kolorze. Ze srebrnymi kolczykami w uszach i medalikiem Matki Boskiej na szyi. Polska Wenus wołająca na pomoc Irenę Eris, by jej twarz na zawsze pozostała gładka. Polska Wenus przez moment zatrzymana w kadrze na szarej, spękanej chodnikowej płycie przystanku autobusowego. W codziennym niestrudzonym biegu. Z domu do pracy. Albo z pracy do domu.

Dom i praca. Praca i dom. Dwie osie mojego życia na tyle ważne, że zawsze wszystko się wokół nich obracało. Kiedyś, dawno wierzyłam, że bez wysiłku uda mi się jedną na drugą po prostu nałożyć w taki sposób, by wszystkie punkty miały wspólne. Wierzyłam, że uda się zagrać w piłkę z dziećmi, iść do kina z mężem i przetłumaczyć z polskiego na francuski pięćdziesięciostronicowy raport o gustach Polaków w kwestii twarożków smakowych.

Zamykam oczy i widzę na zawsze już utrwalony częstotliwością powtarzania obraz: pogrążony w mroku, uśpiony dom i ja pochylona nad maszyną do pisania. Stuk, stuk, stuk - delikatnie dotykam klawiszy, by nie zmącić nocnej ciszy i spokoju mieszkańców. Szur, szur, szur – ostrożnie kartkuję opasłe tomiska słowników. Niech śpią, niech odpoczywają. Po co mają wiedzieć, że muszę zarwać noc, by mieć dla nich czas w ciągu dnia? Mój tata też tak przecież siedział. Na okrągłym rodzinnym stole rozkładał wielką deskę do kreślenia i czarnym tuszem rysował te swoje kółka zębate. Podobnie jak ja, starał się nie szeleścić i nie stukać. Ale ja i tak wiedziałam. Może moje dzieci też obserwowały mnie spod przymrużonych powiek? I nie widziały w tym nic nadzwyczajnego, że po nocy spędzonej na tłumaczeniach, świt, jak dotyk czarodziejskiej różdżki zamieniał mnie w gospodynię domową. Lekcje – kino, obiad – prasowanie. Bajka przed snem. I znów moje dłonie do rana błądziły po klawiaturze.

Nie wiem w którym momencie szala z obowiązkami zawodowymi tej tak starannie, po aptekarsku niemal wyregulowanej wagi zaczęła opadać w dół. Kariera podkręcała ambicje, kusiła nowym, ciekawym, mamiła grubszym portfelem, podsuwała coraz to inne możliwości:

- Pani Olu, za tydzień rada nadzorcza i zgromadzenie wspólników. Liczymy na panią. Nasi francuscy partnerzy chcieliby, żeby to pani tłumaczyła…

- Pani Olu, wojewoda jedzie do Francji. Mogłaby mu pani towarzyszyć? W programie spotkania z samorządowcami, biznesmenami. Potrzebujemy dobrego tłumacza.

- Pani Olu, nie obejdę się bez przyspieszonego kursu nauki języka. Znalazłaby pani dla mnie czas? Chodzi mi głównie o poszerzenie słownictwa z branży papierniczej. Nikt mocniej od pani w tym nie siedzi po tych wszystkich tłumaczeniach, które dla nas pani zrobiła.

Prywatne samoloty, luksusowe samochody, wielogwiazdkowe hotele, wytworne restauracje. Warszawa – Paryż, Wrocław – Lyon, Poznań – Bordeaux.

Tak, to było to moje pięć minut. Nawet przez głowę nie przeszło mi, by go nie wykorzystać. Praca sama w sobie była już przyjemnością. Ekstra dodatki umilały ją jeszcze bardziej. A dom? Dom musiał się dostosować. Pojawiła się w nim niania – na szczęście dobra, jak rodzona babcia. Pojawiły się panie do sprzątania – co pół roku inna. Za to zniknęły spędzane wspólnie codzienne popołudnia, weekendowe wypady za miasto.

Ile czasu upłynęło zanim poczułam, że nie jestem szczęśliwa? Ile czasu upłynęło zanim zrozumiałam dlaczego nie jestem szczęśliwa? Kiedy uświadomiłam sobie, że członkowie mojej rodziny są tylko cegłami, a to ja i wyłącznie ja stanowię spoiwo mające moc wiązania ich w zwartą, solidną konstrukcję? Kiedy zaczęłam dostrzegać, że ten wielki świat, w którym znalazłam swoje miejsce i w którym tak dobrze się czułam, odgradza mnie od domu rzeką niepamięci? Kiedy zorientowałam się, że z chwilą, gdy wsiadam do samochodu uwożącego mnie na spotkania, rozmowy, korepetycje, zatrzaskuje się za mną krata broniąca dostępu do mnie mojej rodzinie? W pewnym momencie wszystko to do mnie dotarło. Ale zanim dotarło, dzień po dniu znikałam na wiele, zbyt wiele godzin. Zapominałam o przykrótkich nogawkach spodni moich dzieci, coraz bardziej nieobecnym wzroku męża, brudnym oknie w kuchni, pelargoniach usychających na balkonie. Stawałam oko w oko z tą prywatną, tak odmienną od zawodowej rzeczywistością, gdy wieczorami przekraczałam próg naszego mieszkania. I nie umiałam się z nią zmierzyć. Aktywny dzień wyciskał ze mnie wszystkie soki. Zmęczonym wzrokiem, bezradnie wodziłam po tym, co pozostało z mojego rodzinnego życia. Z ulgą witałam mrok dyskretnie okrywający zaniedbane kąty. Wdzięczna byłam dzieciom, że odrobiły już lekcje i w ciszy siedzą przed telewizorem lub komputerem. Cieszyłam się, że mąż poszedł na piwo z kolegami i nie muszę wysłuchiwać pretensji, czy też wyczytywać ich z jego niemego spojrzenia. Pragnęłam ciszy i spokoju. Musiałam odzyskać siły, by w formie rozpocząć kolejny dzień. Kolejny dzień… Znów zamykam oczy i znów widzę: Ta młoda, energiczna kobieta nerwowo biegająca wczesnym rankiem po całym mieszkaniu i wydająca po dziesięć sprzecznych komend na sekundę każdemu z dzieci - to ja. Prasuję rękaw koszuli – pędzę wypuścić psa, bo piszczy pod drzwiami. Maluję jedno oko – rzucam się w stronę kuchni, ale już jest za późno, mleko zdążyło wykipieć. Wkładam trzecią z kolei spódnicę – może trafiłam wreszcie na nie poplamioną? Podpisuję uwagę w dzienniczku – nawet nie wiem czego dotyczy. Mój cel nadrzędny: w minimalnym czasie uporać się z maksymalną dawką obowiązków tak, by każdemu nowemu dniu nadać choćby pozory normalności i rozpocząć go na czas. Kto jeszcze bierze udział w tej scence rodzajowej? Mój mąż. Tak, to ten facet, stojący z boku i przyglądający się mojej szarpaninie obojętnym, nieobecnym wzrokiem. I dzieci spokojnie snujące się po mieszkaniu, skutecznie neutralizujące mój nadmiar aktywności – to moje dzieci… STOP! DOŚĆ! Dość tych przeładowanych niezdrową energią poranków, pozostawiających w podświadomości niesmak na wiele jeszcze godzin! Dość powrotów po nocach, a tym bardziej po kilku dniach! Dość wyrzutów sumienia, że znów całą siebie oddałam obcym ludziom i dla najbliższych nie zostało już ani chwili. Dość zakłamanych tłumaczeń, że nie robię tego dla siebie, tylko dla nich, żeby im dać wszystko czego potrzebują. Wszystko oprócz wymiernego kształtu miłości…

Otwieram oczy. Chcę już wrócić do dnia dzisiejszego, do tego cichego, słonecznego poranka dwutysięcznego siódmego roku. Ale uchylona przeze mnie szufladka z przeszłością nie pozwala się zamknąć. Nadal wymyka się z niej fragment zapisanego życiorysu. Epilogu tamtych wydarzeń. Czuję wyraźnie, że nie zatrzasnę jej ostatecznie, dopóki nie dopowiem wszystkiego do końca. Do końca będącego jednocześnie początkiem kolejnego etapu życia. Mojego, moich dzieci, moich mężów. Ten pierwszy odszedł. Miał dość moich nieposkromionych ambicji, znajomości z wyższej półki, dopasowanych garsonek i butów na obcasach. Miał dość nawet tego, że nieustannie spłacałam długi firmy budowlanej, którą prowadził. Nie umiał zaakceptować, że zarabiałam więcej od niego. Nie chciał zamienić się ze mną rolami i przejąć obowiązków gospodyni domowej. Pamiętam, jak w jednej z kłótni, do których wówczas sprowadzały się wszystkie nasze rozmowy wykrzyczał:

- Nie będę za ciebie dzieci niańczył!

Wkrótce po tym postawił kolejną kropkę nad „i”:

- Kiedy cię poznałem, byłaś barmanką, a dzisiaj wielką bizneswoman zgrywasz.

I odszedł w walentynkowy wieczór. Do barmanki właśnie. Wszystko wskazuje, że dokonał trafnego wyboru - minęło już tyle lat, a oni nadal są razem. Mnie zaś utwierdził w przekonaniu, że poglądy mojej babci były słuszne. Kobieta musi znaleźć czas, żeby zająć się domem. W niczym nie powinna być lepsza od swojego mężczyzny, a już na pewno nie w typowo męskich czynnościach, jakimi są: praca zawodowa, prowadzenie samochodu, wszystkie możliwe dziedziny sportu, obsługiwanie komputera i sprzętu radiowo-telewizyjnego, smażenie jajecznicy, koszenie trawników, łowienie ryb…

Z tym to nowym-starym bagażem wiedzy i dwójką dzieci uczepionych spódnicy ruszyłam w dalszą drogę. Wkrótce na tej drodze stanął mężczyzna, jakby mi przeznaczony, skrojony na miarę wniosków życiowych, które wówczas sformułowałam. Wybudował dla nas dom w spokojnej okolicy, z dala od miejskiego zgiełku. Powiedział:

- Nie pracuj. Ja dam ci pieniądze na życie. A ty ugotuj mi obiad. Posadź malwy pod oknem i dbaj o nie. Okaż swoim dzieciom tyle miłości, ile ja im okazuję, choć nie są moje. Obdarz i mnie potomkiem, którego jeszcze nie mam. 

Babcia triumfowała widząc, jak zamieniam elegancki służbowy strój na kuchenny fartuch i domowe bambosze. Tata też się poddał. Funkcja gospodyni domowej również może być ambitnym wyzwaniem. Dla mnie w każdym razie tym właśnie się stała. Jeśli zupa pomidorowa, to lepsza, niż Kuronia. Oczywiście z własnoręcznie wyhodowanych owoców. Jeśli surfinia na parapecie, to najpiękniejsza w okolicy. I ma się rozumieć, z nieskazitelnie czystym oknem w tle. Jeśli koszula do pracy dla męża, to wyprasowana na listek. I koniecznie w najbielszym odcieniu bieli. Jeśli lekcje angielskiego dla dzieci, to u prawdziwej Angielki. To nic, że mieszka trzydzieści kilometrów dalej. Przecież mam czas. Po to siedzę w domu. Po to jestem, żyję, funkcjonuję.

 

Ile czasu tak funkcjonowałam? Ile czasu trzeba mi było, by zrozumieć, że jednoosobowa sztafeta dom – ogród – dzieci – mąż jest równie wyczerpująca, jak to, co robiłam wcześniej? I też prowadzi donikąd. Źle wychowałam dzieci. Nie nauczyłam ich samodzielności ani zaradności, nie wpoiłam poczucia obowiązku. Wszystko robiłam za nie. Mąż też tak bardzo przyzwyczaił się do komfortu i wygody, do braku jakiegokolwiek zajęcia, że wymiana żarówki stała się dla niego problemem. Ten dom, o który dbałam po to, by czuł się w nim dobrze, przestał być dla niego domem. W swej nudnej nienaganności, stał się wiecznie gotowym na przyjęcie gości hotelem. To partnerstwo polegające na podziale obowiązków według schematu: ty zajmujesz się zarabianiem pieniędzy, ja dbam o resztę, o które tak walczyłam, o słuszności którego byłam tak bardzo przekonana, okazało się równie zgubne, jak próba osiągnięcia pełni zawodowego sukcesu. Znów zostałam sama. Tym razem to ja odeszłam. Natychmiast po tym, jak zupełnie niechcący, zupełnym przypadkiem przyłapałam go na zdradzie. Zdradzie, o którą nawet nie mam prawa mieć żalu, czy pretensji. To przeze mnie tak się nudził, że musiał sobie szukać innych zajęć poza pracą. Mogłam mu ich dostarczyć, a nie zrobiłam tego. Gdyby mył mi samochód, jeździł po zakupy, woził dzieci na treningi, płacił rachunki, nie miałby czasu na nudę. Za to ja mogłabym uszczknąć coś dla siebie. Mogłabym zadbać o swój wygląd, iść z przyjaciółką na zakupy, wyjechać na weekend. Przecież wyciągnęłam na loterii szczęśliwy los. Taki o którym wiele kobiet marzy. Ale ja nie wiedziałam co z nim zrobić, jak najlepiej go wykorzystać. Dlaczego tak się stało? Bo nie umiem żyć. To ja nie umiem żyć. Z jednej skrajności popadam w drugą. Przesadziłam w niezależności i przesadziłam w zniewoleniu. Co z tego, że poznałam pełnię smaku zawodowego sukcesu, skoro okupiłam go zaniedbaniem rodziny i rozwodem? Co z tego, że pozwoliłam zamknąć się w czterech ścianach wygodnego życia, skoro sama zredukowałam się do roli domowego robota piorącego, sprzątającego, gotującego, sadzącego drzewa i okupiłam to zdradą mojego dobrego męża? Wiem, że w chwili (tak, w jednej chwili zostaje się samym), gdy po raz drugi zostałam sama, zamknął się krąg. Od lat próbuję dociec z czego był zbudowany. Z życiowych recept moich przodków? Ze splotów okoliczności? Z moich własnych wyborów? Czy dziś, w ten słoneczny, spokojny dzień dwutysięcznego siódmego roku jestem gotowa, by odpowiedzieć na te pytania? Po części tak. Uważam, że odpowiedziałam na nie najlepiej, podejmując samodzielnie kilka mądrych decyzji. Wyprowadziłam się jeszcze dalej od miasta. Po dziesięciu latach abstynencji zawodowej, z trójką dzieci, psem, dwoma kotami i bardzo okrojonymi możliwościami finansowymi, nie miałam już po co do niego wracać. Więc za niewielkie pieniądze kupiłam stare, podupadłe, za to nad wyraz urokliwe gospodarstwo rolne. Na razie wyremontowałam stuletni dom i marzę, że pozostałe zabudowania uda mi się zamienić w atrakcyjny kompleks agroturystyczny. Dzieci konsekwentnie odzwyczajam od nadmiaru komfortu, w którym bezsensownie pławiły się przez trzynaście lat trwania mojego związku numer dwa. Robię to dla ich dobra, a nie z konieczności. Bo choć w tym drugim małżeństwie zupełnie nie troszczyłam się o swoje własne, jakiekolwiek zaplecze finansowe, to jednak znowu udało mi się stanąć na nogi. Nie opuszczając domu! Nie musiałam go opuszczać, bo to on właśnie i jego otoczenie podawały mi, jak na tacy liczne możliwości zarabiania pieniędzy. To tylko ja musiałam się przełamać: zmienić przekonania i nawyki. Gdy to zrozumiałam, w jednym kącie naszej chłopskiej chaty poukładałam, jak muzealne okazy wszystkie moje ambicje biorące się z niegdysiejszych osiągnięć zawodowych. W drugim, przeciwległym zawiesiłam na kołku zbędne prace domowe zamieniające mieszkanie w nieskazitelnie czyste laboratorium. Wyciągnęłam maszynę do szycia i gromadzone latami skrawki materiałów. Uszyłam pierwszy woreczek i napełniłam go lawendą z mojego ogrodu. Po lawendzie przyszła kolej na oregano, tymianek, płatki róż, skórki z jabłek. Rodząca ziemia bezinteresownie zasypywała mnie obfitością swoich darów, oczekując tylko jednego – pomysłów na dobre ich spożytkowanie. Nie wiem w którym momencie zaczęłam się dwoić i troić, byle tylko niczego nie zmarnować. Suszyłam śliwki, gotowałam gruszki w miodzie, wypychałam poduszki świeżo skoszonym, pachnącym wiatrem sianem, plotłam ozdobne wieńce. Miałam wiecznie połamane paznokcie, podrapane ręce i nogi, włosy wypalone słońcem do białości. Wieczorami słaniałam się ze zmęczenia. I byłam szczęśliwa. Tym szczęśliwsza, że moje dzieci, początkowo nieufnie przyglądające się tej kolejnej metamorfozie matki, w krótkim czasie zaczęły mi pomagać. Nie trzeba było specjalnych umiejętności, by zbierać, zrywać, wykopywać. Wystarczyło chcieć. I one chciały. To dzięki nim powstał „Boutique Wśród Pól” i dzięki nim do dzisiaj prosperuje. A ja tak bardzo się cieszę, że tym razem zarabianie pieniędzy nas nie rozdzieliło, tylko połączyło. Tak bardzo się cieszę, że mogę powiedzieć tym, którzy chcą to usłyszeć i tym, którzy nie chcą, że mam cudowną kochającą się rodzinę. Czy wobec tego, w tamtym zamkniętym już jakiś czas temu kręgu, teraz mogę umieścić złoty środek? Przecież wiem, że nie jest uniwersalny, lecz stanowi moją własną skarbnicę wiedzy. Wiedzy ciągle jeszcze niekompletnej, choć poradziłam sobie z wieloma problemami. Mam fajne dzieci, wspaniałych przyjaciół. Żyję tam gdzie lubię. I robię to, co lubię. Wydaje mi się, że osiągnęłam ten wyjątkowy, błogi stan z czasów dzieciństwa – kocham siebie, wierzę w siebie, nie martwię się przyszłością. Samotną przyszłością. Najwygodniej mi wmawiać sobie i innym, że określenie „samotna” wcale mi nie przeszkadza. Dwa rozwody. To chyba wystarczająca dawka jak na jedno życie? Pary z mojego otoczenia po kolei zaczynają świętować dwudzieste piąte rocznice ślubów. Rzecz dla mnie nieosiągalna. Nawet gdybym zsumowała mój małżeński staż z obydwu związków. Ale to akurat wcale nie jest ważne. Boli całkiem coś innego. Boli, że po żadnym z tych facetów, z którymi wszystko na zawsze miało mnie łączyć, oprócz dzieci nie pozostało nic. Najgorsze, że uświadomiłam to sobie, ja, doświadczona latami i wydarzeniami kobieta dopiero wówczas, gdy usłyszałam w radiu piosenkę młodziutkiej Patrycji Markowskiej: „… Tam na dnie został twój ślad. Głęboko tam twoja muzyka we mnie gra…” W moim sercu, romantycznym sercu nikt nie zostawił po sobie śladu. Moje serce dziś na nikogo już nie czeka. Czy tak ma pozostać? Mam umrzeć nie zaznawszy takiej miłości, po której zostaje „uśmiechnięta twarz”? Nie chcę, nie zgadzam się! Ale co w takim razie powinnam zrobić? Jaka powinnam być, by wreszcie przeżyć wielką, prawdziwą miłość? Jaki powinien być mężczyzna, którego mogłabym jeszcze pokochać? Jaki mężczyzna mógłby jeszcze pokochać mnie? Czy w ogóle ktoś taki istnieje? Czy mamy jeszcze jakąkolwiek szansę, żeby się spotkać? Czy mogę jeszcze komukolwiek zaufać? Czy mogę zaufać sobie? Tego wszystkiego nie wiem, gdy piszę te słowa w spokojny, cichy wieczór dwutysięcznego siódmego roku.

 

Autor: Kasia
Udostępnij: