Lawendow Wzgórze - wynajem sali bankietowej i oraganizacja imprez

Lawendowe Wzgórze - wynajem sali bankietowej i organizacja imprez

blog

Sobota, 14.02.2015

CZERWONE JABŁKO MIŁOŚCI

Takie tam romantyczne opowiadanie. Na Walentynki w sam raz.....

 

to ten ogród....
to ten ogród....

- // -

 

           

 

Ogród naszych sąsiadów. Wybujały, okazały, najpłodniejszy w okolicy. To tam odkąd pamiętam zawsze najbardziej lubiliśmy się ukrywać…

Dreszczyk emocji, by nie zostać przyłapanym był równie przyjemny, jak zapach wilgotnej ziemi i spływający po brodzie sok łakomie, prosto z krzaczków wyjadanych owoców. Pamiętasz, jak przychodziłeś po mnie, cierpliwie czekałeś, aż uporam się z na siłę wciskanym mi przez moją mamę obiadem, a gdy już wreszcie udało nam się wyjść, chwytałeś mnie za rękę, by biegnąc nadrobić stracony czas? Okrążaliśmy ogrodzenie i od strony sadu, jednym skokiem pokonywaliśmy wysoki płot. Zawsze stałeś i patrzyłeś jak sobie z tym poradzę i niezmiennie z aprobatą spoglądałeś na mnie, gdy przeszkoda zostawała za moimi plecami.

Te nasze potajemne ogrodowe schadzki to była konieczność. Nie umieliśmy bez siebie żyć i nie umieliśmy zamanifestować tego światu. W podstawówce przyjaźń chłopaka z dziewczyną nie uchodzi bezkarnie. Pamiętasz, że wtedy najbardziej lubiliśmy truskawki? Słodkie, pokryte rosą, nagrzane słońcem. Może smakowały nam tak bardzo, bo to wiosna budziła je do życia? Zupełnie, jak nas. Byliśmy tacy radośni, tacy nieskomplikowani, tacy ufni. Wszystko wydawało się nam piękne, oczywiste, możliwe. Ptaki tak głośno śpiewały, kwiaty tak mocno pachniały, niebo było takie niebieskie. I my pośród tej tętniącej życiem przyrody, jak nigdy wcześniej, ani już nigdy później całkowicie z nią zespoleni; rozćwierkani, jak te ptaki, otwarci na świat, jak kielichy tych kwiatów, z duszami czystymi, jak błękit tego nieba. Jak krótko trwała ta nasza beztroska i ten apetyt na truskawki. I jedno i drugie jakoś tak niespodziewanie się skończyło. Nawet nie zauważyliśmy kiedy. Nawet nie zastanowiliśmy się dlaczego. Dopiero dziś, po tylu latach, naszych wspólnych latach, gdy wszystko znalazło swój finał, jak się okazało jedyny możliwy finał, poczułam nieodpartą chęć, by odtworzyć, uporządkować i wytłumaczyć. Jak kronikarz grzebiący w dziejach, by zrozumieć teraźniejszość i przewidzieć przyszłość świata, tak ja fragment po fragmencie penetrowałam nasz wspólny mikrokosmos, wszystko to, co było, by uwierzyć we wszystko to, co jest. Dziś już wiem, dlaczego truskawki tak nagle przestały być ważne. Wiem, dlaczego machnęliśmy na nie ręką i nigdy już do nich nie wracaliśmy, dokładnie tak samo, jak do dziecięcych lat niepostrzeżenie odpływających w przeszłość. Uzasadnienie jest takie proste, całkiem praktyczne i prozaiczne. W średniej szkole nie mieliśmy już dla siebie tyle czasu. Nasze drogi wtedy właśnie zaczęły się rozchodzić. Twoja nowa klasa – moja nowa klasa. Twoi nowi znajomi – moi nowi znajomi. Twoje nowe pasje – moje nowe pasje. Twoja pierwsza dziewczyna – mój pierwszy chłopak. Tak, to te nasze nowe, odrębne światy tak bardzo nas pochłaniały, że nie byliśmy w stanie zdążyć na truskawkową ucztę. A może po prostu o niej zapominaliśmy? Tyle nowego i ciekawszego działo się wokół. Dopiero wakacje znów zbliżały nas do siebie. Przychodziłeś po mnie jak dawniej. I jak dawniej ciągnąłeś za rękę, by szybciej dotrzeć do płotu. Mieliśmy sobie tyle do powiedzenia. Wreszcie nikt nam nie przeszkadzał, nie odciągał nas od siebie. Dzieliliśmy się tymi naszymi odrębnymi życiami, jak cukierniani czeladnicy dzielą się pierwszym samodzielnie zrobionym tortem. Cmokaliśmy z zachwytu, podpowiadaliśmy sobie nawzajem jak jeszcze ulepszyć recepturę, cieszyliśmy się każdym słodkim okruchem i z równą solidarnością przeżuwaliśmy kawałki zakalca. Pamiętasz, że wtedy najbardziej lubiliśmy wylegiwać się w wysokiej trawie pod czereśnią? Jej rozłożysta korona ubrana w tysiące młodych listków tak przyjemnie osłaniała nas przed mocnymi letnimi promieniami słońca. A słodkie żółtoczerwone owoce były tuż, na wyciągnięcie ręki. Zrywaliśmy je całymi garściami, na wyścigi ze szpakami. Ukrywaliśmy w chłodnej trawie, gdzie czekały na rozpoczęcie uczty. Pamiętasz to? Znów jakimś zupełnym przypadkiem czas naszego życia splatał się z sezonem na owoce, które sobie upodobaliśmy. Czereśnie pojawiające się wczesnym latem i my, tak bardzo wczesnoletni. Pewni siebie zdobywcy świata, odkrywcy nowych lądów. Co z tego, że nadal było nam ze sobą tak dobrze, jak z nikim innym, skoro ani tobie, ani mnie przez głowę  nie przeszło, że wystarczająco dobrze. Przez głowę nam nie przeszło, że te owoce, którymi z lubością się zajadaliśmy występują w doskonale dobranych parach. Przez głowę nam nie przeszło, że  ta czereśnia, dobra i opiekuńcza, jak matka, może chce nam coś zasugerować. Byliśmy zbyt łakomi, zbyt nienasyceni, zbyt ciekawscy, by słuchać jej podszeptów. Musieliśmy się jeszcze wiele razy rozstawać, bo nieznane pociągało nas bardziej niż ta nasza przewidywalna, poukładana znajomość. A jednak ciągle, wracaliśmy do siebie i do tego sadu. Zmieniały się drzewa, pory roku, my sami. Tylko nasza przyjaźń trwała niezmiennie. Pamiętasz, były dwa takie momenty, gdy niewiele brakowało, by przeistoczyła się w inne uczucie. Z końca świata przysłałeś mi list. Tak bardzo spragniona byłam nowin od ciebie, że niemal wyrwałam dziwnie wyglądającą kopertę z rąk listonosza. A potem tuląc się z całych sił do skrawka papieru, pobiegłam do naszego sadu. Po raz pierwszy byłam tam bez ciebie, choć nie do końca. Widziałam twoje pełne bezradności oczy, czytając, że jest ci źle, ciężko, beznadziejnie, że nic się nie układa, że tęsknisz i chciałbyś być ze mną. Widziałam twoją smutną twarz, czytając, że może popełniliśmy błąd próbując innego życia, szukając innych związków. Ta twoja twarz pojawiała się tak blisko mojej twarzy, tak blisko, jakbyś chciał mnie pocałować. I odpływała. To ja cię odpychałam. Nie chciałam, byś mnie całował. Był właśnie w moim życiu ktoś, kogo pocałunków pragnęłam stokroć bardziej, niż twoich.  Wtedy jeszcze nie wiedziałam, nie mogłam wiedzieć, że i mnie się nie ułoży i że nadejdzie taki moment, gdy zapragnę ciebie i twojej obecności mocniej, niż czegokolwiek na świecie. Odszukałam twój list i odpisałam, że chyba miałeś rację. Moja odpowiedź dotarła do ciebie na dzień przed twoim ślubem. Zrozumiałam i zaakceptowałam. Powtórzyłam sobie kilka razy, że to była tylko taka chwila słabości, najpierw twojej, potem mojej. Bo nie jesteśmy dla siebie stworzeni. Po prostu. I rozpaczliwie zaczęłam szukać tego, dla którego stworzona zostałam. Przecież musiał gdzieś istnieć, skoro istniałam ja. Przecież musiałam go znaleźć, skoro ty znalazłeś. Przecież gdzieś musiałam się odnaleźć, skoro ty się odnalazłeś. Pamiętasz jak długo potem nie widziałam cię, nie słyszałam, nie czytałam? Nie mam ochoty liczyć tych wszystkich lat, które upłynęły. Jaki sens ma liczenie tego, co zmarnowane? Lepiej udawać, że wcale tego nie było i połączyć w zgrabną całość bez przerywników tylko naprawdę szczęśliwe chwile. Więc łączę: Zastukałeś do moich drzwi. I choć wszystko było już całkiem inne, jakby nigdy nic, jak dawniej wziąłeś mnie za rękę i poprowadziłeś w kierunku sadu. To był czas orzechów laskowych. Już od wielu dni czekałam aż dojrzeją. Bez przeszkód dotarliśmy do leszczynowego zagajnika. Popatrzyłeś na mnie zdziwiony. Brakowało ci płotu, prawda? A on już tak dawno przestał bronić dostępu do naszego sadu. Jego smętne resztki rdzewiały na ziemi, ostatecznie pokonane przez pokrzywy i łopiany. Uśmiechnęłam się przepraszająco. To była zaledwie pierwsza pozycja długiej listy zmian, o których nie miałeś pojęcia. Ale i ty się zmieniłeś. Orzechy rwałeś pomału, rozważnie, w skupieniu. Wiem, że znów oboje byliśmy tacy, jak one. Pod twardą, trudno dostępną skorupą ukryliśmy to, co najlepsze, najwrażliwsze, najdelikatniejsze. Kto na świecie znał cię tak dobrze, jak ja? Kto jeszcze oprócz mnie wiedział, że jesteś jak laskowy orzech? Tak bardzo chciałam skruszyć tę zewnętrzną powłokę. Tak bardzo chciałam wydobyć z ciebie tę twoją spontaniczność, żywiołowość, wylewność. Tak bardzo chciałam znów usłyszeć potok zwierzeń, dać się zasypać lawiną pytań i próśb o rady. I nie umiałam się przedrzeć przez twardy zdrewniały pancerz. Nie umiałam! Z rozpaczą zrozumiałam, że dokonałeś nowego podziału świata – na mężczyzn i kobiety. Na dobrych mężczyzn i złe kobiety. Więc jak miałam do ciebie dotrzeć, skoro i ja dokonałam podobnego podziału? Tylko, że w moim świecie to mężczyźni byli źli, a kobiety dobre. Dla ciebie jednak gotowa byłam wyprzeć się każdego gorzkiego poglądu, każdej kwaśnej opinii, zapomnieć o wszystkim, co do tej pory przeżyłam. Dla ciebie wtedy już gotowa byłam zanurkować znów pod liście truskawek, wdrapać się na czereśnię, byle tylko było tak jak kiedyś. Nie widziałeś tego, czy udawałeś, że nie widzisz? Wiem, że udawałeś. Wolałeś już niczego nie zmieniać, niczego nie naprawiać, niczego nie zaczynać od początku. Pamiętasz, że wtedy po raz pierwszy wystraszyłeś się mnie i mojej woli walki? Bałeś się, że uda mi się wciągnąć cię w moją rozgrywkę z życiem, bo czułeś, że pod żadnym pozorem nie chcę z niej zrezygnować. Więc uciekłeś ode mnie, od rozmów ze mną, od moich prawd, tak odmiennych od twoich, że za nic nie chciałeś ich wysłuchiwać. Pamiętasz, jak odchodziłeś? Uśmiechałeś się na pożegnanie, jakby nigdy nic. Patrzyłam w twoją twarz zmęczoną i bez wyrazu, szukając najmniejszego zwiastuna obietnicy, że jeszcze wrócisz. Patrzyłam na srebrzące się w blasku zachodzącego słońca twoje kiedyś kruczoczarne włosy. Patrzyłam jak ze spokojną rutyną otwierasz bagażnik eleganckiego, drogiego samochodu i wkładasz do niego koszyk wypełniony laskowymi orzechami. Przez moment uczepiłam się nadziei, że skoro zabierasz ten koszyk, mój koszyk, to musisz wrócić, żeby mi go oddać. Jakby w odpowiedzi, zanim wsiadłeś odwróciłeś się i pokiwałeś mi ręką na pożegnanie. I wtedy nadzieja mnie opuściła. Czułam wyraźnie każdą komórką mojego ciała i każdym atomem mojej duszy, że widzę cię po raz ostatni. I zrozumiałam, że oto odchodzi nie tylko przyjaciel, ale również jedyny mężczyzna, który był mi przeznaczony i którego całe życie kochałam. I zrozumiałam, że jest już za późno, by to zmienić, odkręcić, odwrócić. Nie wiem, czy dostrzegłeś moje łzy. Chyba nie. Łzy są zbyt niepozorne, by dostrzec je we wstecznym lusterku samochodu.      

A jednak wróciłeś. Nigdy nie zapomnę tego dnia. Myślę, że gdy będę umierać przed moimi oczami nie przetoczy się całe życie. Będę widziała tylko jeden, jedyny jego fragment. To skąpane w słońcu i ciszy niedzielne popołudnie, które odchodząca jesień jeszcze we wrześniu ukradła latu, a teraz rzuciła je zimie pod nogi, by choć o kilka godzin opóźnić jej nadejście. Pamiętasz, leżeliśmy oboje pod bezlistną jabłonką obwieszoną karminowoczerwonymi zimowymi owocami. Na plecach czuliśmy chłód wyziębionej ziemi, a na twarzach i dłoniach ciepło słonecznych promieni. Nasze ciała stykały się czubkami głów i tworzyły linię prostą, uciekającą przez stopy gdzieś w otchłań nieskończoności. Jeśli na Ziemi można znaleźć Raj, to my na pewno właśnie w nim byliśmy. Wreszcie, po długiej ziemskiej wędrówce do niego dotarliśmy.

 

            - Zerwij dla mnie jabłko – kusiłam niczym Ewa. Tego jesiennego dnia naszego życia czułam się nagle młoda, atrakcyjna, spragniona grzechu. Tak bardzo młoda, tak bardzo atrakcyjna i tak bardzo spragniona grzechu, jak nigdy wcześniej. To jabłko koloru pulsującej, dotlenionej krwi stało się nagle moją obsesją, symbolem wiecznego życia, wiecznej młodości, wiecznego szczęścia. Obiecałam sobie, że właśnie wtedy, gdy będziesz mi je podawał, stanie się cud. Przestanie istnieć przeszłość i przyszłość. Będzie tylko teraźniejszość. Czy mogłam nie drżeć z niecierpliwości, by ta chwila nadeszła jak najprędzej? A ty w leniwym geście wyciągnąłeś ramię, udając, że chcesz spełnić moją prośbę. Ale owoce były zbyt daleko. Nie mogłeś ich dosięgnąć, a jabłonka, choć byliśmy w Raju nie okazała dość łaskawości, by pochylić ku tobie swoje gałęzie. Wcale się tym nie przejąłeś. Wiedziałeś, że to jabłko nam i tylko nam jest przeznaczone. Wiedziałeś, że mamy mnóstwo czasu, by się nim nacieszyć, by się w nim rozsmakować, dzielić je sobie nawzajem po małym kawałeczku. Przed nami  jeszcze cała długa zima, piękna zima. Dopiero, gdy nadejdzie, dowiemy się, czy pocałunki na mrozie mają smak owocowych sorbetów, czy spadające z nieba śnieżne gwiazdki także spełniają życzenia, czy potrzebny nam jest ogień w kominku, czy w nas samych znajdziemy dość ciepła, by się nawzajem ogrzać, czy noce są dość długie, byśmy zdążyli zasnąć przed świtem, a dni wystarczająco krótkie, byśmy nie zdążyli za sobą zatęsknić. Obiecałeś mi, że wszystko to sprawdzimy. A ja ci uwierzyłam. Pamiętaj!

 

Autor:
Udostępnij: